Obawy przed deflacją mocno przesadzone

Obawy przed deflacją wydają się mocno przesadzone. Niska inflacja lub deflacja utrudnia spłatę długów, nawet jeśli stopy procentowe są niskie. Ale dłużników finansują ci, którzy oszczędzają.

Autor: wnp.pl 11 maja 2015 08:10

Według Głównego Urzędu Statystycznego deflacja w Polsce zaczęła się w lipcu 2014 roku. Wówczas to, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, średnie ceny towarów i usług konsumpcyjnych były niższe niż rok wcześniej. W grudniu 2014 r. 12-miesięczna deflacja wyniosła 1 proc. lub - innymi słowy - inflacja sięgnęła minus 1 proc., a w lutym 2015 r. - minus 1,6 proc.Obawy przed deflacją skłoniły Radę Polityki Pieniężnej do obniżki stóp do najniższego poziomu w historii - 1,5 proc. Europejski Bank Centralny, by skończyć z deflacją w strefie euro, zdecydował się powtórzyć działania Rezerwy Federalnej USA - od marca 2015 do końca roku 2016 EBC będzie na rynku wtórnym kupował papiery dłużne, przede wszystkim obligacje państwowe, wartości 60 mld euro miesięcznie.

Obawy przed deflacją wydają się mocno przesadzone. Ironicznie można powiedzieć - boisz się deflacji, jedź do Rosji, gdzie inflacja osiągnęła właśnie 17 proc. My odwykliśmy od tak znacznych wzrostów cen. Po raz ostatni inflację dwucyfrową mieliśmy we wrześniu 2000 roku. Pokolenie dzisiejszych 50-latków żyło z inflacją wysoką, czasami wynoszącą ponad 100 proc. rocznie, niemal przez połowę swego życia. Ich 15-letnie dzieci wielkiej inflacji nie znają. Była ona znacznie bardziej dokuczliwa niż deflacja.

W gruncie rzeczy wskaźnik inflacji lub deflacji jest czymś sztucznym i niekoniecznie odzwierciedla rzeczywistą sytuację w gospodarce. Główny Urząd Statystyczny stosuje wskaźnik CPI (Consumer Price Index), czyli indeks zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych. Oblicza go jako średnią ważoną cen towarów i usług zawartych w statystycznym koszyku nabywanym przez przeciętne gospodarstwa domowe. Ale to, co w takim koszyku się znajduje, niekoniecznie musi oddawać rzeczywistą strukturę wydatków konkretnej rodziny.

Aby obliczyć CPI, analitycy GUS badają ceny towarów i usług konsumpcyjnych na rynku detalicznym oraz budżety gospodarstw domowych. Obliczając ruchy cen, nie możemy uwzględnić wszystkich towarów na rynku, a jedynie ich grupy. W każdej grupie badany jest towar - reprezentant. Jego wybór zawsze jest do pewnego stopnia arbitralny. Nie uwzględnia na przykład promocji, powszechnie stosowanych przez sieci sklepów lub handlu internetowego, gdzie ceny zwykle są niższe niż w tradycyjnych sklepach.

Gdyby GUS zastosował inną metodologię, mogłoby się okazać, że ceny spadają nie od pół roku, ale od połowy 2013 roku.

Czy ten spadek spowodował w realnej gospodarce jakieś szkody? Rośnie ona w przyzwoitym tempie 3,3 proc. rocznie i jest wątpliwe, by mógł trwale rosnąć szybciej, bez przeprowadzenia istotnych reform. Przeciętne wynagrodzenie nominalne w gospodarce wzrosło w ubiegłym roku o 3,7 proc., a ponieważ ceny spadły, realny wzrost był jeszcze wyższy.

Obiegowy pogląd, wyznawany przez część ekonomistów, głosi, iż deflacja hamuje gospodarkę, gdyż ludzie, spodziewając się dalszych spadków cen, wstrzymują się przed zakupami. Ale w ostatnich latach najbardziej obniżyły się ceny sprzętu elektronicznego - komputerów, telewizorów z płaskim ekranem. Tymczasem żadnego spowolnienia zakupów tych towarów nie odnotowano.

Tak naprawdę deflacja budzi największe obawy u dłużników, w tym u ministra finansów, który musi obsługiwać dług publiczny. Niska inflacja lub deflacja utrudnia spłatę długów, nawet jeśli stopy procentowe są niskie. Ale dłużników finansują ci, którzy oszczędzają. Inflacja zjada nasze oszczędności, deflacja sprzyja oszczędnym.

Podobał się artykuł? Podziel się!

SŁOWA KLUCZOWE

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE

SPOŁECZNOŚCI

House Market: polub nas na Facebooku

House Market: dołącz do nas na Google+

Obserwuj House Market na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych