Agata z Charkowa: wierzymy, że wrócimy na Ukrainę

Wierzymy, że gdy wojna się skończy, wrócimy na Ukrainę - powiedziała PAP Polka Agata Shvarts, która z trójką dzieci ewakuowała się z Charkowa. Jej mąż, Ukrainiec, biskup Niemieckiego Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła został na Ukrainie, by pomagać w ewakuacji i transporcie darów.

Autor: PAP 05 marca 2022 11:24

Polka, Agata Shvarts z trójką dzieci, z których najmłodsze ma 1,5 roku, jest teraz w Olsztynie, ale trzy dni temu była jeszcze na ukraińskiej ziemi, w Łucku. Łuck był dla nich tymczasowym miejscem schronienia. Z chwilą wybuchu wojny dojechali tam z Charkowa.

"Mieszkam od prawie 10 lat na wschodzie Ukrainy. Mój mąż Pavlo Shvarts jest biskupem Niemieckiego Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła w Ukrainie. Pracujemy tam w swojej parafii. Od jakiegoś czasu już było wiadomo, że Rosja koncentruje wojska przy granicy i byliśmy ostrzegani i wzywani do wyjazdu. Mieliśmy już spakowane rzeczy. Planowaliśmy wyjechać konkretnego dnia do Łucka. Po drodze mój mąż chciał jeszcze zajechać do innych parafii, by odprawić nabożeństwa" - opowiada pani Agata w rozmowie z PAP.

Szukasz terenów inwestycyjnych? Zobacz oferty na PropertyStock.pl

Jak dodała, każdego następnego dnia starali się żyć w miarę normalnie. "Najgorsze jest takie poczucie życia w zawieszeniu i niepewności, +że może się coś stać, ale może się i nie stać+. Uciekać przed czymś, co się nie wydarzy, nie ma sensu"- podkreśliła.

"Dla nas praca na rzecz parafii i parafian to nie tylko praca, ale służba. Naszym zadaniem jest podtrzymywać ludzi na duchu. Nie chcieliśmy ich zostawiać. Mamy dzieci i chcieliśmy im zapewnić bezpieczeństwo, ale też nie chcieliśmy za szybko podejmować pochopnych decyzji. W czwartek o 5 rano obudziły mnie wybuchy. Jak się później dowiedzieliśmy, były to eksplozje w koszarach w Charkowie. Pierwsza myśl: +zaczęło się ...+"- mówiła pani Agata.

Jak relacjonowała, zaczęła sprawdzać informacje, w tym i tę, że prezydent Rosji Władmimir Putin ogłosił, że zaczyna wojnę.

"Obudziłam męża, dzieci, zeszliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. W mieście wybuchła panika, zaczęły się robić na drogach wyjazdowych ogromne korki. By wydostać się z miasta, potrzebowaliśmy 4 godziny, a przedtem pokonywało się tę sama trasę w 20 minut. Dojechaliśmy do centralnej Ukrainy, a stamtąd zabrała nas rodzina męża do Łucka około 100 kilometrów od granicy z Polską. Mąż wrócił do Charkowa. W Łucku byliśmy tydzień. Ponieważ czuliśmy się tam w miarę bezpiecznie, nie spieszyliśmy się na granicę do Polski, bo widzieliśmy, co się tam dzieje. Panika, korki, kolejki. Oceniłam, że nie będę z małymi dziećmi stała w kilkudniowych kolejkach do przejścia"- mówiła.

Jak wskazała, ewakuacja stała się możliwa po prawie tygodniu, gdy Kościół Ewangelick-Augsburski w Polsce zorganizował transport darów na Ukrainę a w drodze powrotnej przejazd osób do Polski.

Pani Agata opowiada, że w Charkowie jest teraz ciężko. "Jestem wzruszona, gdy widzę jak nasi żołnierze, jak nasi ludzie walczą i nie poddają się. Nasze miasto się broni. Odpiera ataki Rosjan. Rosyjscy żołnierze ze strachu rozbiegają się. Gdy ludzie ich znajdują, to ich nie zabijają, ale oddają w ręce policji czy wojska. Trudno jest się stamtąd ewakuować"- wskazała.

Od paru dni są organizowane pociągi ewakuacyjne z Charkowa do centralnej Ukrainy czy do Lwowa.

"Ciężko się jest w ogóle dostać do pociągu, bo są tłumy. Są ludzie, którzy próbują koordynować ruch na dworcu, ale są też bombardowania. Nie wiadomo, w jakie miejsca spadną pociski. Ludzie siedzą w bunkrach, w piwnicach, chowają się i czekają, co będzie dalej. Na szczęście działa już ukraińska pomoc humanitarna. Pomoc jest potrzebna, bo kończą się produkty w sklepach. Rano ludzie zajmują kolejkę, bo mają sygnał, że po południu dojedzie pomoc humanitarna. Najważniejsze jest jedzenie i lekarstwa. Są przerwy w dostawie prądu, gazu i ogrzewania"- opowiada.

Samochodem też ciężko wyjechać, na drogach są punkty kontrolne. Nocą nie można jechać, bo wprowadzone są godziny policyjne- dodała.

"Mój mąż został na Ukrainie, bo koordynuje pomoc humanitarną, tam na miejscu. Boję się o niego. Teraz jest w drodze z Łucka do Charkowa. Będzie korzystał z pomocy znajomych i nocował po drodze w mniejszych miejscowościach"- podkreśliła.

"My wierzymy, że nasi wygrają i wrócimy na Ukrainę, by dalej móc tam żyć. Czekamy, aż się to skończy, odbudujemy nasz Charków. Serce się kraje, bo widzę miejsca, które znam. Jeszcze kilka dni temu piękne parki, place zabaw, to wszystko jest zniszczone. Oczywiście to są miejsca, ale one są symbolem naszego życia tam. Jeszcze parę dni temu spacerowałam tymi ulicami"- mówi.

"Muszę zadbać teraz o swoje dzieci. Budzą się w nocy, przeżywają. Potrzebują więcej przytulania, rozmów. Staram się czytać tylko te wiadomości z Ukrainy, które mi są potrzebne do koordynacji pomocy z Polski. Muszę się wyciszyć"- dodała.

Kościół ewangelicki na Ukrainie liczy kilka tysięcy wiernych. Jedna z najstarszych parafii - w Charkowie liczy 250 lat. Początkowo do Kościoła należała mniejszość niemiecka, ale teraz większość stanowią Ukraińcy. Większość parafii ewangelickich znajduje się na wschodzie i południu Ukrainy: w Połtawie, Krzemieńczuku, Charkowie ale też w Berdiańsku, Odessie, Zaporożu, Zmiiwce i w Kijowie. 

Podobał się artykuł? Podziel się!

SŁOWA KLUCZOWE

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE

SPOŁECZNOŚCI

House Market: polub nas na Facebooku

Obserwuj House Market na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych