
Rząd zastanawia się jak zapobiec pakietowemu wykupowi mieszkań. Do takich analiz skłania m.in. wynik niedawnego referendum dotyczącego wywłaszczenia dużych funduszy, które przeprowadzono w Berlinie. Mieszkańcy stolicy Niemiec opowiedzieli się za wywłaszczeniem spółek posiadających na terenie miasta ponad 3 tys. mieszkań przeznaczonych na najem.
Radca prawny Piotr Szulc zwraca uwagę, że w Berlinie ponad 80 proc. mieszkańców wynajmuje swoje mieszkania - podczas gdy w Warszawie najemcami jest niecałe 20 proc. mieszkańców, a pozostali mieszkają w należących do nich nieruchomościach. Proste przekładanie sytuacji Berlina do Warszawy jest zatem błędne. Jak wyjaśnia, sytuacja mieszkaniowa w stolicy Niemiec jest znacznie bardziej złożona, z uwagi na oligopolistyczną strukturę rynku najmu zdominowanego przez kilku potężnych graczy.
CZYTAJ TEŻ: POLACY WOLĄ WYNAJMOWAĆ OD PROFESJONALSTÓW
Szukasz terenów inwestycyjnych? Zobacz oferty na PropertyStock.pl
Czynsze najmu w Berlinie rosły w ostatnich latach bardzo szybko, zdecydowanie szybciej niż miało to miejsce w Polsce. W opinii Piotra Szulca, te elementy złożyły się na frustrację społeczną i wolę wywłaszczenia wielkich posiadaczy. Dodaje, że wynik berlińskiego referendum nie jest wiążący, a wejście w życie zwycięskiego rozwiązania może okazać się bardzo kosztowne, a także konstytucyjnie wątpliwe.
Piotr Szulc zaznacza, że Polska mierzy się z poważnym problemem w dostępie do lokali mieszkalnych (z danych GUS wynika, że przypada w Polsce ok. 386 mieszkań na 1 tys. mieszkańców, dla porównania wskaźnik ten wynosi w Niemczech 509 mieszkań na 1 tys. mieszkańców, na Węgrzech - 456, w Czechach – 455). Z jednej strony ustawodawca od dawna chce rozwiązać problem mieszkaniowy, a z drugiej strony planuje teraz zniechęcać inwestorów zagranicznych do inwestowania swoich środków w Polsce. Zdaniem radcy, fundusze inwestycyjne mają swoją rolę do odegrania w kryzysie mieszkaniowym i potencjalnie mogą przyczynić się do zwiększenia rodzimego zasobu mieszkaniowego.
Zjawisko hurtowych zakupów mieszkań nie jest jeszcze w Polsce masowe – a to, co winduje ceny nieruchomości w obecnej sytuacji to nie działalność zagranicznych funduszy inwestycyjnych, ale m.in. ogromny popyt inwestorów indywidualnych (napędzany niskimi stopami procentowymi).
Nie ma na naszym rynku sytuacji, w której nabywca instytucjonalny rywalizuje z nabywcą indywidualnym o nieruchomość, tak jak ma to niekiedy miejsce w dużych zachodnich metropoliach. W mojej ocenie każdy rodzaj limitu ilościowego dla inwestorów zakłóci funkcjonowanie całego rynku najmu mieszkań. Wydaje się, że gdyby jakiś limit wprowadzono – a możliwe byłoby wprowadzenie go dopiero dla przyszłych projektów - to na efekty takiej zmiany musielibyśmy długo poczekać. Prawdopodobne wydaje się również, że wprowadzenie limitu ostatecznie zmniejszyłoby dostępny zasób mieszkaniowy – część projektów realizowanych w formule buy-to-rent po prostu nie zostałaby wprowadzona na rynek, a nie jak wydają się sądzić pomysłodawcy ograniczeń – zasiliłaby zasób mieszkaniowy oferowany indywidualnym nabywcom - mówi Piotr Szulc.